Czy powojenne wysiedlenia, nowa codzienność w obcym miejscu i trauma przekazywana kolejnym pokoleniom to problemy, które dziś – w cieniu wojny w Ukrainie – pozostają nam bliskie? MAGDALENA KATARZYNA BAJOR przez lata zbierała rodzinne i sąsiedzkie opowieści z Dolnego Śląska, które od kilku dekad krążyły opowiadane półgłosem, zbyt bolesne, by mówić o nich wprost. Autorka debiutanckiej powieści „Niedom” opowiada tym, że wojna nie kończy się z chwilą podpisania traktatów pokojowych. Rozmawia Magdalena Mikołajczuk.
PIĄTEK I 25.09. 2026
GODZ. 18:00
Big Book Cafe [ J. Dąbrowskiego 8]
wstęp wolny
transmisja on-line na żywo
Po spotkaniu autorka podpisuje książki.
Partner wydarzenia: Wydawnictwo Marginesy
MAGDALENA KATARZYNA BAJOR – absolwentka Politechniki Wrocławskiej. Ma wykształcenie techniczne, ale od lat żyje literaturą, sztuką i historią, w tym historią Dolnego Śląska. Urodzona w tym regionie wie, jak powikłane są tu kwestie tożsamościowe, jak trudne było i jest szukanie własnego miejsca na ziemi. W przeszłości pisała prozę i poezję, które nigdy nie trafiły do wydawnictw.
O KSIĄŻCE:
Zaraz po II wojnie światowej Helena i Henryk pakują dobytek i ruszają z Małopolski na Zachód – na ziemie odzyskane, gdzie podobno można zacząć od nowa. Osiadają w Strupicach koło Jeleniej Góry. Mają nadzieję, mają siebie, wkrótce będą mieć drugą córkę. Chcą po prostu żyć.
Ale Dolny Śląsk tuż po wojnie to tygiel, w którym mieszają się języki, traumy i zwyczaje ludzi zewsząd — i w którym nowa Polska okazuje się zupełnie inna od tej wymarzonej. Powojenny chaos, nieufność i niebezpieczna mieszanka ludzkich ambicji, lęków i krzywd doprowadzają w końcu do tragedii. Jej echo będzie słyszalne jeszcze w pokoleniu dzieci.
Magdalena Katarzyna Bajor snuje tę historię oszczędnie i precyzyjnie, bez łatwych ocen i jednoznacznych bohaterów – każda z jej postaci nosi w sobie jakąś rysę, którą odsłania ją w momentach granicznych. „Niedom” to powieść o tym, czym jest dom, gdy nie ma się dokąd wracać, o więzi matki z dzieckiem i lukach, których nic nie wypełni, o nadziei budowanej uparcie na gruzach. I o tym, że skutki każdej wojny — tej dawnej i tej dzisiejszej — trwają długo po tym, gdy milkną strzały.
FRAGMENT KSIĄŻKI:
Mróz wisiał nad Strupicami niczym wstęga, jak oddech Karkonoszy, który sięgał tylko do ulicy Wiejskiej. Dalej za wzgórzem, za kościółkiem świętego Jerzego, schodząc do Jeleniej Góry, lżał i tam łatwiej się oddychało, bez drażniącego zimna, wdzierającego się głęboko do gardła. Kto mógł, zamykał się w domu i nie wyściubiał nosa za próg. Po zmierzchu wieś zamierała. W gęstej, ciemnej nocy milkły nawet psy, schowane w budach i stodołach. W przejmującej i pełnej napięcia ciszy każdy najmniejszy dźwięk wydawał się głośny.
– To obrzydliwe. – Stefa obróciła głowę w stronę Walentyny, która siedziała skulona na niskim stołku przy rozgrzanym piecu. – To wstrętne – powiedziała głośniej.
Walentyna nie reagowała. Była głucha jak pień. Tata wyszedł na papierosa, a Stefa miała ochotę wykrzyczeć te słowa, ale bała się, że ojciec ją usłyszy. Z góry dochodziły nieznośne wrzaski i zawodzenia matki. Gdyby mogła, krzyczałaby głośniej od niej. Co matka mogła wiedzieć o bólu? Na pewno nie tyle, co Stefka, chyba że rodzenie dzieci jest jakąś bożą pomyłką. Jak można tak karać kobiety? Za Ewę? Za jej grzech w raju?
Od podglądania Walentyny ścierpła jej szyja, więc powoli wróciła do pozycji na wznak. Tak mogła patrzeć tylko w sufit, który był biały i pokryty drobnymi rysami, ułożonymi półkoliście jak małe pajęczyny. Zastanawiała się, czy spękał tak od ludzkich kroków na piętrze. Każda pajęczyna od odbicia stopy. Ale to by znaczyło, że wszyscy stawiają je zawsze w tym samym miejscu. Dokładnie, w punkt – ruchy powtarzalne jak w zegarku. Jak w zegarach ojca, które stały i wisiały w całym domu. I wciąż ich przybywało. Znosił je i naprawiał, a ich tykanie i bicie budziły ją w nocy. Mógłby trzymać je u Walentyny i Władysława, pomyślała z irytacją.
Krzyki na piętrze ucichły i Stefa usłyszała, jak Wielgusowa woła ojca. Wbiegł na schody. Pod stopniami też pewnie były pajęczyny spękań. Wyobraziła je sobie. Maleńkie kółka, a wokół nich coraz większe, jak na powierzchni stawu, gdy wrzucić w wodę kamień.
Henryk przystanął przed drzwiami, głęboko odetchnął, zapukał, a później nieśmiało wszedł. Powietrze w pokoju, ciepłe i gęste, cuchnęło potem, moczem i krwią. Fetor uderzył mocno, aż go zemdliło, ale przełknął ślinę, która napłynęła mu do ust. Zaczął oddychać płytko i szybko. To pomogło.
– Wszystko dobrze. Dziewczynka. Zdrowa, ale malutka – powiedziała Wielgusowa.
