Czy w pośpiechu i zabieganiu pamiętamy jeszcze, jak to jest wyjść bez konkretnego planu i pozwolić, żeby nogi same wybrały kierunek? Taki spacer jest okazją do tego, żeby zwolnić, zboczyć z trasy i odzyskać prawo do przypadku. Ale chodzenie może być też rytuałem, który porządkuje myśli, uwalnia od nadmiaru bodźców i przywraca kontakt z ciałem. O tym, jaką może mieć rolę w perspektywie codziennej i intymnej, ale też społecznej i historycznej, z AGATĄ ROMANIUK, autorką książki „Na nogach. Opowieści o chodzeniu” rozmawia Roman Bielecki OP, ksiądz i piechur.
Pieszo cofniemy się też do przeszłości, w której sprawy toczyły się wolniej, dystanse mierzyło się w krokach i poszukamy ścieżek, którymi można przejść życie tropamami wcześniejszych i wybitniejszych wędrowców.
Fragmenty książki przedstawia i do chodzenia inspiruje aktor Wojciech Chorąży.
NIEDZIELA I 27.09.2026
GODZ. 12.00
Big Book Cafe MDM (ul. Koszykowa 34/50)
wstęp wolny
transmisja on-lie na żywo
Po spotkaniu autorka podpisuje książki.
Partner wydarzenia: Wydawnictwo Filia
AGATA ROMANIUK – pisarka i reporterka, doktorka nauk społecznych. Jest absolwentką Polskiej Szkoły Reportażu, inicjatorką projektu reportersko-badawczego Światła Młodego Miasta i współzałożycielką Grupy Reporterskiej Głośnej. Autorka książek reporterskich: „Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu”, „Krótko i szczęśliwie. Historie późnych miłości”, „Najgorsze randki świata i kilka udanych”. A także powieści „Proste Równoległe” i „Dina, Dina” oraz szeregu książek dla dzieci, w seriach „Kocia Szajka”, „Precelek z Kociej Szajki”, „Tolo i Bolo”.
O KSIĄŻCE:
Czy wiedzieliście, że macie w stopach trzeszczki? Nie? Autorka „Na nogach. Opowieści o chodzeniu” też nie wiedziała. Do momentu, gdy nie zaczęły boleć tak bardzo, że zagroziły jej ulubionej czynności: chodzeniu. A przecież chodzimy ciągle. Do pracy. Po bułki. Na randki. Przed siebie. Ze złości. Z radości. Żeby coś przemyśleć albo przeciwnie – przestać myśleć. Co się dzieje, gdy nagle każdy krok zaczyna mieć znaczenie?
Z tej prostej historii wyrasta fascynująca opowieść o wiktoriańskich spacerach, ołówkach Virginii Woolf, marszu solnym Gandhiego i stopach Fridy Kahlo. O duńskich deptakach, francuskich labiryntach i warszawskich rzekach ukrytych pod miastem. O milionach kroków, które stawiamy przez całe życie. A także o tym, dlaczego czasem najlepszym lekarstwem jest po prostu ruszyć w drogę.
FRAGMENT KSIĄŻKI:
Pracując nad tą książką, często zastanawiałam się nad tym, jak chodzą lub chodzili różni ludzie. Nurtował mnie zwłaszcza sposób poruszania się pewnej poetki.
Chciałabym wiedzieć, jaki miała rozmiar buta. Wyobrażam sobie, że jej stopy były raczej małe, bo sama była drobna i krucha. Na licznych zdjęciach pozuje w sukienkach bez ramion. Wyraźnie widać węzełki obojczyków, delikatny stelaż, na którym rozpięto jej bladą skórę, spod której prześwitywały fioletowe żyłki. Lubiła się stroić. Kręciła włosy na wałki, robiła kokieteryjne miny przed lustrem. Przez trzynaście lat, od czasu zapalenia wsierdzia, które przeszła w dzieciństwie, poetka Halina Poświatowska nie mogła chodzić szybszym krokiem, biegać, skakać, wspinać się po schodach. Dalsze spacery i piesze wycieczki były dla niej nieosiągalne. Miesiącami leżała w łóżku albo odpoczywała skulona na tapczanie, na leżaku w ogrodzie, zwinięta w hamaku. A jeśli już gdzieś szła pieszo, musiała potem długo odpoczywać. Czekać, aż uspokoi się trzepoczące w piersi serce, aż wyrówna się tętno.
Na pierwszy rzut oka jednak nie było widać jej choroby. Była może trochę bledsza niż jej rówieśniczki, trochę bardziej wiotka. Zdradzał ją jednak oddech. /…/
W krótkich okresach względnej poprawy wybiera się jednak na przechadzki. Lubi spojrzenia mężczyzn. Czuje się dzięki nim piękna. Chodzi więc na pokaz, świadoma każdego kroku. Ma osiemnaście lat i już wie, jakie wrażenie robi na przechodniach. Po żwirowych alejkach uzdrowiska chodzi na spacery w eleganckich butach na obcasie i w sukienkach z rozkloszowanym dołem. Maluje usta. „Pamięta, żeby trzymać się prosto, ze ściągniętymi łopatkami i podniesionym podbródkiem. Stara się stawiać kroki w jednej linii, z naciskiem na palce, żeby jej chód wyglądał jak najlżej – żeby jej nie zdradził”, notuje biografka.
Sześć lat później, już po operacji, Poświatowska będzie spacerować boso po Central Parku z Jerzym Kosińskim. Bez ucisku w piersi. Powinna być szczęśliwa, a jest w niej dużo lęku i melancholii. Nagle ma przed sobą perspektywę długiego życia. A na to nigdy nie liczyła, nie była przygotowana na taki obrót sprawy. Nie wie, jak sobie poradzić. Sama to sobie wyrzuca w liście do matki: „Właściwie powinnam być szczęśliwa, że żyję i że się tak świetnie czuję, że mogę chodzić tak ładnie”. A nie jest szczęśliwa i boi się sama nie wie czego. „Chodzić tak ładnie” – od razu mnie uderza to zdanie. Zazwyczaj nie myślimy o chodzeniu w kategoriach estetycznych. Własny chód zazwyczaj jest dla nas raczej przezroczysty, rzadko kiedy staje się przedmiotem refleksji. Poświatowska była bardzo świadoma różnych aspektów funkcjonowania własnego ciała, nie tylko chorego serca, czemu wielokrotnie dawała wyraz w wierszach i prozie poetyckiej. Miała także przekonanie, że powinna być wdzięczna za możliwość „ładnego chodzenia”. I była, ale czasem to przekonanie jej ciążyło. Z odzyskanej po latach szansy na spacery korzystała jednak z gorliwością. Biografka poetki odnotowuje skrzętnie jej włóczęgi po Manhattanie, przechadzki po Parku Riverside w towarzystwie zakochanego w niej Josepha Margolisa, zimowe wędrówki wśród zasp w college’u w Northampton. Nagle ona, dziewczyna, która po przejściu kilkuset kroków siniała i nie mogła złapać tchu, teraz godzinami oprowadza swojego polskiego kardiologa Juliana Aleksandrowicza po zakamarkach Broadwayu i Harlemu. Chodzenie jest miarą zdrowia i wolności. Bez limitu kroków i oddechów, jak we fragmencie prozy poetyckiej pod tytułem Podsłuchane.
